sobota, 11 lipca 2020

Volkswagen T2 Westfalia 1:43 DeAgostini/PCT

Moim wielkim marzeniem od zawsze było posiadanie niewielkiego pojazdu, którym mógłbym podróżować na krótkie wypady weekendowe. Pojazdu na tyle samowystarczalnego, że zapewniałby miejsce do spania, przyrządzenia posiłku i przyjemnego odpoczynku na łonie natury. Taka forma wypoczynku wydaje się gwarantować pełną wolność i ogromną swobodę w wyborze miejsc, atrakcji, czasu podróży i przemieszczania się. Musicie mi uwierzyć, że nie mówię tutaj o wielkim, nieporęcznym camperze, lecz o zgrabnym, funkcjonalnym busiku. 


Historia caravaningu sięga, wg niektórych publicystów, lat osiemdziesiątych XIX wieku, kiedy to firma Bristol Carriage Company zaczęła oferować zamożnym klientom wozy drewniane, przystosowane do krótkotrwałego, rekreacyjnego pomieszkiwania. Na początku XX wieku, wraz z rozwojem motoryzacji nastąpił rozkwit carawaningu. Bogate społeczeństwa zaczęły poszukiwać nowych, awangardowych form wypoczynku. Naprzeciw ich oczekiwaniom wyszły firmy oferujące wszelakiej maści, mniej lub bardziej profesjonalne przyczepy, a później samo poruszające się pojazdy. W zależności od zamożności klienci mogli wybierać pomiędzy niewielkimi nadstawkami, przyczepkami, pojazdami oferującymi wyposażenie typowo piknikowe, lub w pełni wyposażonymi pojazdami zapewniającymi wygody na dłuższy pobyt. 

Trudno dziś jednoznacznie stwierdzić skąd tak naprawdę wywodzi się carawaning. Uważa się, iż jego główny, najsilniejszy nurt wywodzi się z USA i Wielkiej Brytanii. Ogromne przestrzenie USA, konieczność długich podróży, nie tylko rekreacyjnych, wymusiła poniekąd na amerykańskich konstruktorach budowę pojazdów umożliwiających odpoczynek podróżnym. Dużą rolę odegrał tu pierwszy masowo produkowany samochód - Ford T, na którego podwoziu zaczęto zabudowywać wszelakie formy skrzyń, domków, a nawet kapliczek. 

Europejski rozkwit carawaningu nastąpił znacznie później niż w USA i Wielkiej Brytanii. Zapewne wiele czynników się na to złożyło i bez wątpienia znacznie wyhamowały go wojny światowe, których głównym teatrem działań była Europa. Dopiero po II Wojnie Światowej, w czasach, gdy część społeczeństw podźwignęła się z wojennych zniszczeń, w Europie zachodniej zaczęło budzić się zainteresowanie taką formą wypoczynku. Czołowi producenci samochodów, we współpracy z różnymi firmami, rozpoczęli kusić klientów, małymi weekendowymi samochodami, które z czasem przerodziły się w luksusowe, całoroczne campery. Bez wątpienia jednym z czołowych dostawców tego typu pojazdów była niemiecka Westfalia-Werke, której Volkswagen zlecił stworzenie pierwszego campera na bazie Type-2 (T1). Dalsza współpraca potoczyła się w naturalny sposób i trwała do 2003 roku. Westfalia-Werke stała się oficjalnym producentem camperów na bazie kolejnych wersji Transportera. Nie oznacza to oczywiście, że jedynym, ponieważ obok niej konwersjami busików na campery zajmowały się także: EZ Kamper, Dormobile, Holdswirth, VW Sun Dial, Danbury Motorcaravans, Asi-Riviera i inni. 

Westfalie stały się hitem sprzedażowym. Ogromna ilość wyprodukowanych pojazdów trafiała do USA. Wersje wyposażenia udoskonalano zgodnie z sugestiami klientów. Podstawowym wyposażeniem, jakim cieszyć się mógł nabywca Westfalii na bazie T2 były: dowolnie konfigurowane miejsca sypialne, drewniane okładziny wnętrza, szafki ze sklejki w okleinie drewnianej, zbiornik na wodę z pompą, składany stół laminowany oraz żaluzje boczne. Opcjonalnie pojazd mógł być wyposażony w zlew, piecyk kempingowy, toaletę kempingową, rozkładane markizy boczne, klimatyzację, automatyczną skrzynię biegów, stoliczek na mapę tuż przy kierownicy oraz łóżeczko dziecięce. Oczywiście wraz z nowymi modelami, wyposażenie modyfikowano o nowinki techniczne i dostosowywano do oczekiwań klientów. Zmieniały się materiały wykończenia wnętrza, stylistyka oraz wydłużała się lista dodatkowego wyposażenia. 

Westfalia bez znaczenia na wersję, to dziś pojazd kultowy. O ich popularności oraz ciągłym zainteresowaniu klientów i kolekcjonerów, świadczą horrendalne ceny, jakie potrafią osiągać egzemplarze w dobrym stanie.  Cóż, z jednej strony taki stan rzeczy cieszy, bo mamy gwarancję, że piękne Westfalijki długo jeszcze nie znikną z dróg. Z drugiej, całkowicie przekreśla to moje marzenia o tym nietuzinkowym pojeździe. Pozostaje więc zadowolić się miniaturkami.

Model, który chciałbym Wam zaprezentować dzisiaj, to samochód z serii VW Modell Sammlung, ukazującej się nakładem niemieckiego oddziału DeAgostini. Groszkowa Westfalia na bazie Volkswagena T2 trafiła do mnie dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionego kolekcjonera i już na wstępie rozwiała wszelkie moje obawy, co do jakości modelu, za którym stoi oczywiście PCT, kojarzony powszechnie z IXO. 

Muszę podkreślić, że model wygląda na żywo o wiele lepiej niż na zdjęciach w sieci. Miniaturka jest czysto złożona i pokryta równym lakierem. Bryła modelu także nie wzbudza moich zastrzeżeń, chociaż porównując do modeli Schuco czy Premium Classixxs, przednia szyba wydaje mi się bardziej pochylona.  Może to tylko moje wrażenie, bo całość prezentuje się naprawdę dobrze. Zadbano o uszczelki wokół okien i chromowane elementy. Podobają mi się klosze reflektorów, zarówno przednich jak i tylnych. Udało się uniknąć drażniących bolców, dzięki czemu przednie reflektory wyglądają bardzo realistycznie. We wnętrzu samochodu, jak na campera przystało, zamontowano kilka szafek oraz odwzorowano zasłonki w oknach. Te ostatnie niestety wyglądają kiepsko, ponieważ zostały namalowane na szybach od wewnątrz. Są płaskie, szare i przyznam, że na początku pomyślałem, że to jakiś błąd produkcyjny. Nie najlepiej wygląda imitacja wzorzystej tapicerki na fotelach. Pomiędzy prezentowanym modelem, a modelami Premium Classixxs, w tej materii jest po prostu przepaść. Słabiutko także prezentują się felgi. Są proste i bez wyrazu, ale typowe dla modeli gazetowych.

Ciekawym zabiegiem jest na pewno uchylony dach. Ja osobiście nie lubię w modelach elementów otwieranych, ale jeszcze bardziej otwartych na stałe. Szczerze mówiąc przeszła mi nawet przez głowę myśl by go zamknąć, ale póki co waham się czy modelik nie straci na atrakcyjności. Przyznam, że większy, ciekawszy efekt wywołałaby miniatura gdyby wraz z otwartym na stałe dachem, modelik posiadał otwarte boczne drzwi. Może trochę fantazjuję, ale z otwartym dachem i uchylonymi bocznymi drzwiami groszkowa Westfalia byłaby idealnym modelem na mini dioramę. 

Trochę ponarzekałem, nie chciałbym jednak żebyście pomyśleli, że model mi się nie podoba. Tak, jak napisałem wyżej, miniatura jest naprawdę dobrze zrobiona i bardzo efektowna. Jeśli więc szukacie dobrej, taniej i przyciągającej wzrok miniaturki Volkswagena T2 Westfalia, to propozycja niemieckiego DeAgostini jest właśnie dla Was. Radze również się spieszyć, ponieważ przeczuwam, że lada moment model ten stanie się jednym z poszukiwanych i rzadko dostępnych na rynkach wtórnych. 











6 komentarzy:

  1. Lubię groszkową zieleń. Sam modelik jest bardzo przyjemny a zarazem stanowi kolejny dowód na to, że zachodnie serie gazetowe w skali 1:43 są o kilka poziomów wyżej od tych ze wschodu.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, zachodnie gazetówki nierzadko niewiele różnią się od gablociaków. Nie można tego powiedzieć o serwowanych u nas seriach gazetowych.
      Pozdrowienia;)

      Usuń
  2. Cześć,
    Model bardzo ładny i wyjątkowo na czasie. Kto nie ma takich marzeń jak Ty,żeby wybrać się gdzieś w nieznane takim autkiem? Modelu tego nie posiadam w kolekcji (szkoda!), ale miałem dwukrotnie okazję widzieć to auto „na żywo”. Raz nad Jez. Pławniowickim, gdzie miałem kiedyś działeczkę i przyjeżdżali tam wtedy inni prawdziwi miłośnicy odpoczynku na łonie natury. Później, gdy wkroczyła „cywilizacja”, w najgorszym tego słowa znaczeniu, przestał się tam pojawiać. Zresztą,jak ja!.Innym razem, na kameralnym zlocie aut zabytkowych pod zamkiem w Chudowie, ale był to inny egzemplarz.Oba, bardziej eko, bo w kolorze ziemi. Twój kolor też mi się podoba, bo lubię zieleń. Kiedyś nawet prezentowałem na blogu swoje modele w różnych odcieniach zieleni, ale wpis został przez pomyłkę usunięty i nie wiem, czy uda mi się kiedyś go odzyskać lub odtworzyć. Nie kombinuj nic z tym dachem, bo jest super i nadaje temu modelikowi charakteru. Gdyby producent zrobił jeszcze otwierane drzwi i/lub klapę tylną, byłaby rewelacja.
    Pozdrawiam,
    Przemek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale wiem o czym piszesz, bo wychowałem się niedaleko Chudowa i byłem tam częstym gościem;) Odnosząc się do Twoich obserwacji odnośnie "zagospodarowywania" przestrzeni wypoczynkowej przez hałaśliwych maliniaków, powiem tylko tyle, że na szczęście są jeszcze miejsca, do których cywilizacja nie dotarła;)

      Pozdrawiam;)

      Usuń
  3. De joven soñaba con tener al menos un Daihatsu Kombi y poder recorrer el continente. Y si ese coche en vez del pequeño Daihatsu hubiera sido un Volkswagen T2 mejor aún!
    Abrazo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Es verdad, Juan. Quién sabe, tal vez haremos realidad nuestros sueños de viaje;)
      Saludos;)

      Usuń